W rytmie przypływów i odpływów

Johan Simons reżyseruje w teatrze Thalia w Hamburgu nowelę Theodora Storma

W spektaklu Johana Simonsa „Der Schimmelreiter” („Jeździec na siwym koniu”) słowa piętrzą się, przybierają na sile, przylegają do siebie i toczą do przodu, aby z czasem, coraz wolniejsze, leniwie wypełnić przestrzeń, potem powoli rzednąć i w końcu znikać, pozostawiając po sobie ciszę. Ten rytm mowy jest jak falujący ruch oceanu, jego przypływy i odpływy. Wychowanemu nad brzegiem Atlantyku holenderskiemu reżyserowi jest on znany już od wczesnego dzieciństwa.

Akcja noweli „Der Schimmelreiter”, dzieła Theodora Storma, napisanego na krótko przed jego śmiercią i zaliczanego do najważniejszych tego autora, rozgrywa się na terenach położonych niedaleko od Holandii. Storm opisuje w nim bytowanie na wysuniętych daleko w Morze Północne skrawkach lądu we Fryzji, tamtejszą walkę o przetrwanie pośród surowej przyrody, gdzie ocean i wiatry narzucają człowiekowi bieg życia, będąc na zmianę jego sprzymierzeńcem albo śmiertelnym wrogiem. Czołowy przedstawiciel niemieckiego realizmu Storm nie poświęca jednak tym razem zbytniej uwagi wnikliwemu opisowi warunków życia chłopów. Zamiast tego wprowadza irrealne postaci, włącza stare przekazy i przesądy, i kieruje się ku wielkim pytaniom egzystencjalnym: jak żyć, jakich dokonywać wyborów, jakie miejsce powinien zająć człowiek w otaczającym go świecie i czy słuszne jest wyzywanie losu?

„Der Schimmelreiter” to opowieść o Haukem Haienie, samouku z ubogiej zagrody obdarzonym nieprzeciętnym umysłem i równie wielkimi ambicjami, który już jako chłopiec studiuje zimą na strychu matematykę Euklidesa i dzięki temu zostaje pomocnikiem wójta grobelnego. Kiedy po latach poślubia jego córkę i sam przejmuje ten urząd, chce zabezpieczyć gminę przed gwałtownymi przypływami. Według jego projektu ma powstać grobla nowego typu. Niełatwo jest mu jednak wcielić ten zamiar w życie, gdyż przywykli do starej tradycji chłopi są nieufni wobec każdej zmiany i widzą w działaniach Haukego jedynie arogancki gest i chęć podważenia wszechmocy Boga. Ich podejrzliwość rośnie kiedy wójt kupuje od przejezdnego wędrowca zabiedzonego siwka i zaczyna objeżdżać na nim przeciwpowodziowe wały w celu ich lepszej kontroli. Źródłem dezaprobaty chłopów są stare, zasłyszane opowieści, w myśl których widmo jeźdźca na koniu pojawia się we mgle zawsze, kiedy zagraża niebezpieczeństwo.

Podobnie jak Storm, Johan Simons i jego scenografka Bettina Pommer nie dążą do scenicznego realizmu, nie próbują oni również niczego aktualizować. Tworzą oszczędną scenerię dobrze oddającą charakter odległego, głęboko zakorzenionego w protestanckiej wierze i jednocześnie w zabobonach świata. Na pochylonej w mrocznym świetle w stronę widowni bocznej skarpie grobli biegną po prawej i lewej stronie schody, nad skarpą wisi wielki dzwon kościelny, a na szczycie wału spoczywa nieżywy siwy koń. Obok niego pojawiają się mieszkańcy okolicy: nieliczne, ubrane na czarno postaci, w strojach, których krój kojarzy się z dziewiętnastym wiekiem.

Simons redukuje liczbę bohaterów do głównych osób dramatu, będących w razie potrzeby rzecznikami szerszego grona, powtarzającymi Haukemu różne wypowiedzi, które padły za jego plecami w gminie. W ten pośredni sposób prezentowane są konflikty między światłym wójtem grobelnym i pasywnymi, nierzadko tępymi rolnikami, chętniej trzymającymi się kurczowo starych przesądów niż ufających z odwagą zdrowemu rozsądkowi. Tak przy budowie nowej grobli chłopi chcą, jak rzekomo nakazuje im tradycja, zakopać w niej „coś żywego”, aby nie zaciążyła nad nią klątwa. W drodze ustępstwa gotowi są zrezygnować z pogrzebania w ziemi – jak działo się do tej pory - żywego dziecka, ale kiedy Hauke Haien zakazuje im wszelkich okrutnych rytuałów i nie pozwala na zakopanie żywcem psa, nie rozumieją tego i reagują wrogo.

Simons nie opowiada historii z noweli chronologicznie, wprowadza zgodną z cyklicznym ruchem oceanu dramaturgię koła, jej punkt wyjściowy określa scenografia: martwy koń świadczy o tym, że katastrofa już się tu wydarzyła. Opisany przez Storma przypływ stulecia i zalanie całego obszaru podczas wielkiego sztormu w 1756 roku z końcowej części prozy, rozpoczyna przedstawienie i powraca w nim kilkakrotnie. Z każdym powtórzeniem dowiadujemy się trochę więcej o przebiegu samej katastrofy oraz - w dodanych retrospektywach - także o tym, co wydarzyło się we wsi wcześniej, na przestrzeni wielu lat.

Odległy w czasie fragment wyjaśnia tak powody niechęci licznych wieśniaków do Haukego, który nie tylko dzięki talentowi i wielkiemu wkładowi pracy, ale i dzięki odwzajemnionej miłości do córki wójta obala nieprzekraczalne szranki i wbrew obowiązującej tradycji przyznawania wyższej pozycji jedynie bogatym gospodarzom, zostaje strażnikiem grobelnym. Odtąd towarzyszy mu gniew z powodu złamania reguł niepisanego porządku oraz zwykła ludzka zawiść sprawiające, że trudno mu będzie pozyskać pracowników do prac budowlanych przy grobli, a to z kolei zemści się podczas wielkiego przypływu – nie nowa, ale zaniedbana i nie umocniona część starej grobli nie wytrzyma naporu morza i zaleje wieś.

„Der Schimmelreiter” jest opowieścią o ścieraniu się racji między starym a nowym: nową wiedzą i starymi przesądami, sprawdzoną tradycją i wiarą w postęp. Partnerskie traktowanie żony, kochanie chorego na wodogłowie dziecka tak samo jakby było zdrowe, dobroć dla zwierząt – postawa i styl życia Haukego nie są wzorem dla chłopów. Nie może on też pozyskać ich dla swoich wizji, porwać zapałem, zainteresować posiadaną wiedzą, nietypowym sposobem myślenia. Wygoda, bierność, wąskie horyzonty i często niewłaściwie pojmowana wiara to hamujące czynniki, które przyczynią się do katastrofy.

Utwór Storma jest również historią o wielkiej miłości. Silne uczucie, szacunek i zaufanie są podstawą związku Elke i Haukego, oboje mają w sobie oparcie wobec przeciwności losu. Wiara w męża, życiowa mądrość i pojednawczy sposób bycia Elke pomagają złagodzić niejeden konflikt. Z kolei miłość Haukego do żony i upośledzonego dziecka daje jej siłę przy wypełnianiu codziennych kobiecych obowiązków prowadzenia domu. Jens Harzer jako Hauke Haien i Birte Schnöink jako Elke grają powściągliwie i zarazem bardzo intensywnie oddaną sobie parę. Bez wielkich gestów, ze spokojem, używając niewielu słów, za to mówiąc wiele mimiką i w długich spojrzeniach, kreują ludzi mocno związanych ze sobą i łatwo jest uwierzyć w ich wyjątkową miłość.

To bezgraniczne uczucie i jej wierność popychają Elke, aby, targana niepokojem o męża, w czasie sztormu opuścić wraz z dzieckiem bezpieczne schronienie i jechać go szukać na groblach. Kiedy stara tama pęka i rwące wody porywają ze sobą zaprzęg kobiety, Hauke Haien, patrzący z wału swojej grobli na tragedię, rzuca się w morze ku rodzinie, świadomy, że zginie wraz z nimi. Ten punkt kulminacyjny jest opowieścią słowną, Simons rezygnuje z akcji scenicznej i dodatkowych efektów teatralnych. Możliwości techniczne teatru reżyser wykorzystuje tylko jeden raz, o wiele wcześniej, kiedy na chwilę rozpętuje na scenie wielki szturm morski z pomocą świateł i dźwięków: głośnego szumu wzburzonego morza, bicia fal, wyjącego wiatru i dzwonu bijącego na trwogę.

W końcowej scenie ciała kobiety i dziecka leżą przy rampie u stóp grobli. Hauke Haien schodzi do nich po schodach i staje obok, tragiczny bohater, który traci wszystko, mimo że to nie on się mylił. Za jego plecami pochylona skarpa grobli podnosi się do pionu i przenosi go do innego świata. Świata znanego większości widzów już także jedynie z historii: dźwięki rockowego songu Jimmiego Hendrixa „Voodoo child” przypominają o ruchu społecznym, który chciał przezwyciężyć konserwatyzm swych czasów, zmienić społeczeństwo i obrać inną drogę rozwoju. Jens Harzer rozbiera się do naga i trwa w bezruchu do wygaśnięcia światła.

Inscenizacja Simonsa jest konsekwentnie przemyślana. Cechuje ją minimalizm środków wyrazu, surowa i prosta forma oraz świetne aktorstwo. Przyznaje - w chwili kolejnego zwrotu ku konserwatywnym wartościom - że postęp nie daje wprawdzie całkowitej gwarancji bezpieczeństwa, bo natura może okazać się silniejsza, ale dostrzega też, że opieranie się wyłącznie na starym może przynieść fatalne skutki. O tym, że sama przegra pozbawiona swoich Hauków Haienów, wspólnota u Theodora Storma jeszcze nie wie. O tym, że bez wizjonerów patrzących w przyszłość może także jedynie przegrać, dzisiejsza wspólnota nie chce pamiętać. Simons zwraca na to uwagę.

 

Publikacja: "Teatr" Nr 6/2018