© Lex Karelly

                                                                Dobry początek

Nowa dyrekcja w "Deutsches Theater" w Berlinie

Pierwsze wrażenia i sztuka E.Ionesco "Łysa śpiewaczka"

Dyrekcję berlińskiego „Deutsches Theater“ objęła od początku sezonu teatralnego 2023/24 Iris Laufenberg. Po trzynastu latach kierownictwa Ulricha Khuona nastąpiła zmiana, której stolica przygląda się z zainteresowaniem. Tego rodzaju wymiany na teatralnych fotelach dyrektorskich, mające miejsce w ostatnich latach w niemieckiej stolicy, jak w Berliner Ensemble (2017), Volksbühne am Rosa-Luxemburg-Platz (2017, 2018 i znowu 2021) czy należącej do Berliner Festspiele części festiwalowej, odpowiedzialnej za Berlińskie Spotkania Teatralne (2022 i 2023) nie były, mówiąc oględnie, zbyt udane. Iris Laufenberg jest znana w Berlinie, gdyż prowadziła tu między 2003-2011 festiwal Berlińskie Spotkania Teatralne, oraz w niemieckojęzycznej przestrzeni teatralnej, gdzie kierowała szwajcarskim Konzert Theater Bern (2012-2015) i austriackim Schauspielhaus Graz (2015-2023). Z Graz Laufenberg przywiozła ze sobą część zespołu artystycznego i kilka spektakli teatralnych, wyróżnionych ważnymi nagrodami. Należą do nich „Łysa śpiewaczka“ Eugena Ionesco, „Bunbury“ Oskara Wilde’a i „Identiti Rezeptionista“ według powieści Mithu Sanyal (2021 bestsellera w Niemczech, jak dotąd nieprzetłumaczonego na polski).

Nowy program „DT“ nie wygląda spektakularnie. Jest skomponowany solidnie, bez zapowiedzi wielkich zmian czy „rzeczy, jakich jeszcze w teatrze stolicy nikt nie widział“, co zdaje się odpowiadać wielu widzom, nie tylko tym bardziej konserwatywnym i lubiącm dobry, ale raczej tradycyjny teatr, ale i wielu młodym bywalcom teatralnych placówek, mimo że oni poszukują głównie nowości i innowacji. Laufenberg pozostawiła w repertuarze „DT“ nagrodzone spektakle z czasów Khuona, które cieszyły się dużą popularnością i do tego były jeszcze na tyle nowe lub rzadko grane, że nie wszyscy zainteresowani zdążyli je obejrzeć. Wymienić tu można „Końcówkę“ Samuela Becketta, „Mizantropa“ Moliera czy najnowszą sztukę Elfriede Jelinek „Angaben der Person“ („Dane osobowe“) (2022, jeszcze nie przetłumaczoną na polski).

Trzecią podstawę programu stanowią nowe premiery, z uwagi na berlińską publiczność przede wszystkim wyraźnie aktualne czy współczesne oraz „odważne“ formalnie, czyli głównie „postdramatyczne“. Uzupełniają one poprzednie dwa filary o sztuki współczesnych niemieckojęzycznych dramatopisarzy (Ewald Palmetshofer, Rainald Goetz, Ingrid Lausund), czasem łączone w jeden spektakl z międzynarodową prozą (jak w przypadku utworu Heinera Müllera i tekstu Elemawusi Agbejidjijego), niecodzienne adaptacje – pierwszą z nich jest wielkie studium przemocy „Męskie fantazje“ Klausa Theweleita, a także tematyczne projekty reżysersko-autorskie, wypracowane przez zespół we wspólnej pracy. Ta trzecia, nowa część repertuaru „DT“ nie jest dotąd szczególnie udana i może stać się problemem, jeśli pozostanie na obecnym poziomie. Spektakle tego rodzaju można obejrzeć we wszystkich berlińskich teatrach, gdzie stanowią już programowy standard, co czyni z nich „konfekcję masową“. Na bardzo udane – jak większość prac teatralnych Yael Ronen (w teatrze Gorki i ostatnio też w Schaubühne) – publiczność przychodzi chętnie, ale te przeciętne lub nieudane budzą coraz częściej znużenie i raczej zniechęcają do takiego oblicza współczesnego teatru. W „DT“ publiczność wykazuje na razie cierpliwość i daje zespołowi kredyt zaufania.

Wynika on zapewne z pierwszych pozytywnych doświadczeń. „Łysa śpiewaczka“, za którą reżyserka Anita Vulesica otrzymała nagrodę Nestroya, najważniejszą austriacką nagrodę teatralną, cieszy się i w Berlinie wielkim powodzeniem. Młoda publiczność z chęcią korzysta z okazji, aby „nareszcie“ zobaczyć tę sztukę na scenie (Ionesco jest wprawdzie grany w Niemczech o wiele częściej niż w Polsce, ale w ostatnich latach nikt nie inscenizował jego utworów w Berlinie). Wytrawni widzowie, znający sztukę, przychodzą, aby zobaczyć ją „znowu“, a publiczność okazjonalna jest zadowolona, bo okazuje się, że trafia na „świetną zabawę“. Składa się na nią doskonała, pełna energii i groteskowych gestów gra aktorska i bardzo przekonywująca reżyseria, budząca tekst Ionesco w pełni do życia.

Vulesica nie wprowadza zmian do oryginalnego utworu, nie wykreśla tekstu, nie dodaje innych fragmentów, ale wykorzystuje jedynie nonwerbalną przestrzeń i zapełnia ją wytworami fantazji, w których humor i nonsens konkurują ze sobą. Nawet znając sztukę Ionesco widz może mieć wrażenie, że widzi ją po raz pierwszy i czasem wcale nie ma pewności czy wszystko potoczy się według autorskiego planu. Czy do dość ograniczonej umysłowo pary Smith przyjdzie w odwiedziny para Martin (także nie grzesząca inteligencją), czy będą prowadzić ze sobą absurdalne rozmowy, czy i tutaj pojawi się nagle strażak, aby ugasić pożar, o którym nikt nic nie wie, i czy wszystko skończy się wielką kakofonią, pokazującą jak bardzo to, co się przed chwilą działo nie ma sensu.

Vulesica prezentuje dramat Ionesco w całości, jednak w chwili, gdy pierwsi widzowie przygotowują się do oklasków, następuje dodatkowa scena. Z kakofonii wynurzają się powoli dźwięki muzyki pop. Można wyłowić akordy songu Paula Mccartneya „love isn’t silly“ i urywki innych melodii z czasów „love and peace“. Na scenę wnoszone są transparenty „Love“ i „Gegen Haßrede“ („Przeciwko mowie nienawiści“). Reżyserka prezentuje najpierw utwór Ionesco bez przeinaczania intencji autora, następnie jednak idzie dalej, nie chcąc zostawić widza samego, jak to robił teatr absurdu. Dzisiejsze lata są inne, potrzeba więc do nich innego klucza. Do groteskowego śmiechu, jako reakcji na ten świat, reżyserka dodaje miłość, broń dzieci-kwiatów oraz niezgodę na jad nienawiści. Ta kombinacja zdaje się wskazywać drogę na wyjście z impasu coraz bardziej zatrutego klimatowi politycznego i coraz głębszej przepaści między ugrupowaniami. W Europie, jak i wielu innych miejscach na świecie. W Niemczech dzieje się tak głównie za sprawą partii AfD (Alternative für Deutschland), podobnie radykalnie prawicowej, jak znamy to i z sąsiednich im krajów.

Może rzeczywiście warto jest obniżać temperaturę kłótni poprzez spojrzenie na przeciwnika i jego nienawistne zacietrzewienie, stawiając go w kontekście absurdu i zareagować na to nie ze zdenerwowaniem, ale ze śmiechem. Kiedy logika i argumentacja już nic nie mogą wskórać, nie zaszkodzi spróbować innej drogi. W Polsce mamy długą tradycję w dostrzeganiu absurdu w rzeczywistości i oporze wobec niego. Warto sobie o tym przypomnieć. „Łysa śpiewaczka“ Anity Vulesicy może do tego zainspirować.