Stare i nowe utopie
Hans-Otto-Theater w Poczdamie kieruje na siebie uwagę w sezonie teatralnym 2025/26
Jednym z najciekawszych teatrów w Niemczech stał się w ostatnim czasie Hans-Otto-Theater w Poczdamie. Temu ośrodkowi, położonemu niezbyt korzystnie na kulturalnej mapie kraju, trudno było jak dotąd, nawet robiąc dobry program, stać się słyszalnym głosem. Poczdamski teatr leży zarówno na „wschodnioniemieckiej prowincji” - tereny dawnego NRD są, mimo tego, że od zjednoczenia Niemiec minęło już ponad trzydzieści lat, traktowane nadal w wielu dziedzinach jako mniej liczące się niż te rzekomo bardziej rozwinięte zachodnie części kraju - jak i tuż pod bokiem Berlina, światowej metropolii, stanowiącej od dekad silne centrum teatralne nie tylko w krajobrazie rodzimej kultury, ale i teatru europejskiego czy nawet teatru całego zachodniego świata.
Swój obecny sukces poczdamski teatr zawdzięcza odważnemu repertuarowi, silnemu i świetnie zgranemu zespołowi, jak również i temu, że berlińskie oraz inne wielkomiejskie ośrodki, przez długi czas dominujące teatralną scenę, zdają się ostatnio być nieco w impasie. Prezenutjąc nadal wysoki poziom artystyczny, nie potrafią znaleźć dla siebie aktualnych, poruszających narracji, zdolnych przyciągać szerokie kręgi widzów. Wydają się one raczej robić ten sam od wielu lat program według sprawdzonego już wielokrotnie schematu „the show must go on” jakby czasy, w których obecnie żyjemy nie ulegały nadal żadnej zmianie.
W zwróceniu na siebie uwagi w tym sezonie teatrowi w Poczdamie pomogło z pewnością i to, że po raz pierwszy od początku istnienia Berlińskich Spotkań Teatralnych, które są najbardziej renomowanym festiwalem niemieckojęzycznych spektakli z Niemiec, Austrii i Szwajcarii, przedstawienie zrealizowane w Hans-Otto-Theater zostało wybrane na ten festiwal jako jedno z dziesięciu najniezwyklejszych teatralnych realizacji sezonu. Mowa tu o spektaklu „Serotonina” według powieści Michela Houellebecqa, powstałego jako monodram w wykonaniu Guido Lambrechta w adaptacji i reżyserii Sebastiana Hartmanna.
Główny bohater książki, czterdziestosześcioletni Florent-Claude Labrouste, siedzi w Poczdamie ubrany na biało na białej ławce w niewielkim białym sześcianie, ustawionym na środku sceny, i opowiada o swoim nieudanym życiu. Dziwnie słucha się wynurzeń tego człowieka, mającego wszelkie szanse na życiowy sukces: świetnie płatna posada w Ministerstwie Rolnictwa, spory spadek po rodzicach, wzięcie u kobiet, co zapewnia mu latami liczne atrakcje seksualne, wygodne życie w liberalnym świecie dostatku i komfortu. Skąd więc nagłe głębokie depresje, zmuszające Labrouste‘a, żeby mógł w ogóle na codzień funkcjonować, do brania środka antydepresyjnego, podnoszącego poziom hormonu szczęścia czyli serotoniny? Skutkiem ubocznym leku jest przy tym uczuciowe otępienie oraz zanik libido, co z kolei wywołuje u bohatera poczucie alienacji i pustki egzystencjalnej.
Lambrecht jako Labrouste opowiada swoją historię przez cały wieczór, prawie nie zmieniając pozycji na ławce, w tonie rezygnacji, z cynizmem i jakby drobnym niedowierzaniem, że tak właśnie potoczyło się jego życie. Ta bolesna relacja o samotności i depresji w najlepszym, wysokocywilizowanym świecie, opowieść o rozpadzie związków międzyludzkich i niemożności znalezienia wartości i celu życia, to zarazem mroczny obraz kryzysu zachodniej cywilizacji. W swojej powieści Houellebecq wydaje się stawiać wprost diagnozę jej zmierzchu. Autor nie pozostawia współczesnej jednostce nawet cienia nadziei na prawdziwy ratunek, gdyż podjęcie przez nią jakiejkolwiek skutecznej próby na zmianę sytuacji jest niemożliwe. Schyłkowa faza późnego kapitalizmu może zdaniem powieściopisarza skończyć się tylko katastrofą. Bohater jego powieści podejmuje dlatego jedyny logiczny krok – jest nim zakończenie swojego udręczonego, zmarnowanego i zupełnie bezsensownego życia.
Guido Lambrecht tworzy niezwykłą kreację aktorską, cierpienie jego postaci udziela się publiczności. Trudno też nie podziwiać aktora za jego fizyczną kondycję (monolog płynie przez prawie pięć godzin bez przerwy) i równie niezwykłą pamięć, obejmującą dużą część obszernej powieści. To dzięki niemu spektakl wydobywa w całej głębi tragedię człowieka, który stracił kompas w życiu i poniósł przez to porażkę. Program teatralny sugeruje wprawdzie cytatem z powieści, że Labrouste w końcu odkrywa, iż ratunek przed fiaskiem znajduje się w miłości. Dla niego samego jest już jednak za późno. Słowa te brzmią poza tym w jego ustach mało przekonywująco, a jako pogląd samego Houellebecqa, którego twórczość literacka obracała się przez lata głównie wokół seksu, też trudno jest przyjąć takie wyznanie wyrażone w jednym zdaniu.
„Serotonina” nie jest jednak najciekawszym tematycznie spektaklem, jaki można w tym sezonie obejrzeć na poczdamskiej scenie. Jest nim „Also träumen wir mit hellwacher Vernunft“ (A więc snujmy marzenia nie tracąc bystrości umysłu) na podstawie tekstów Christy Wolf w reżyserii Saschy Hawemanna. Spektakl jest spojrzeniem na czasy NRD, przy czym, na przykładzie życiorysu Christy Wolf, fragmentów z jej utworów oraz poprzez ukazanie jej artystycznego otoczenia, owe nie tak dawno minione czasy historyczne są tu kreślone nie z perspektywy znanego nam wszystkim ich finału, ale z wcześniejszej perspektywy i niejako oglądane od środka. Otoczenie Wolf to artyści szczerze oddani wizji zbudowania sprawiedliwego świata, wierzący w ideę socjalizmu i jednocześnie z czasem coraz bardziej uwięzieni w świecie polityki opresyjnego państwa, niweczącej działania skierowane faktycznie na urzeczywistnienie lepszej przyszłości.
Zajęcie się osobą pisarki ukazując ją jako pozytywną postać nie dla wszystkich jest sprawą oczywistą. Po końcu NRD Christa Wolf stała się obiektem ataku zachodnioniemieckiej, nie tylko bulwarowej prasy szukającej sensacji i nagłówków zapewniających wysokie nakłady. Liczne szkalujące autorkę teksty propagowały jej wizerunek jako oficjalnej pisarki państwowej chołubionej przez komunistyczne państwo i starały się ją skompromitować jako artystkę i człowieka czynnie uwikłanego w system, w którym żyła. W dużej części się to udało - ten powierzchowny i w dużej mierze krzywdzący przekaz przylgnął do autorki na długo i sprawił, że jest usuwana w cień – zresztą jako niejedyna ze wschodnioniemieckich twórców - we współczesnej historii niemieckiej literatury.
W rzeczywistości Christa Wolf była silnie krytykowana przez NRD-owskie władze, wzywana przez przywódców kraju na gabinetowe rozmowy, atakowana osobiście i poniżana, co prowadziło do jej załamań nerwowych i blokady pisarskiej. Niejeden z utworów Wolf musiał też długo czekać na zezwolenie druku, a recenzje ukazujące się w sterowanych partyjnie gazetach, były tendencyjne, aroganckie i propagandowe. Dopiero w schyłkowej fazie NRD, kiedy upadające gospodarczo państwo starało się o uzyskanie pomocy finansowej z RFN-u i w tym celu tworzyło fasadę liberalnego kraju, w którym panuje wolność słowa, dorobek artystyczny Christy Wolf i sama osoba pisarki zaczęły nagle być przydatne do tego celu. To zakłamane uznanie dla autorki było potem głównym punktem odniesienia, jakim posiłkowała się zachodnioniemiecka bulwarowa prasa, posiadająca w najlepszym razie powierzchowną wiedzę zarówno na temat artystki jak i ogólnie o warunkach życia w kraju leżącym tuż za wschodnią granicą, a wkrótce stanowiącym nową część zjednoczonych Niemiec.
Sascha Hawemann nie skupia się w swoim spektaklu na rehabilitacji pisarki. Buduje jej głębszy obraz na tle życia części środowiska artystycznego i codziennej egzystencji w NRD. Prezentuje w krótkich, nie zawsze chronologicznych scenach okruchy biografii artystki, jednocześnie ukazując w jaki sposób proza Wolf splatała się niejednokrotnie z jej życiem. W ten sposób powieściopisarka wypracowała swoisty styl literacki „subiektywnej autentyczności”. Wolf nie jest pokazana jako silna kobieta, która stawiała czoła spotykającym ją przeciwnościom czerpiąc z nich siłę twórczą. Pobyty w szpitalach psychiatrycznych, depresje i kryzysy towarzyszą jej często i pokazują, że pisanie było dla Wolf czasami niewykonalnym zadaniem.
Hawermann poświęca sporo miejsca roli stojącego u boku Christy męża Gerharda Wolfa, partnera-pisarza, wydawcy, lektora utworów autorki, literaturoznawcy, a przede wszystkim mądrego, kochającego małżonka, źródle siły, którego stałe oparcie, niejedna doświadczona i fachowa rada (oraz niezwykłe zdolności kulinarne), pozwalały artystce odradzać się i wracać do pisarstwa. Obecność Gerharda dodawała też otuchy wobec obserwacji komunistycznych tajniaków Stasi.
„A więc snujmy marzenia nie tracąc bystrości umysłu” jest przedstawieniem wyreżyserowanym w stylu nowoczesnym: prawie pusta przestrzeń z jedynie zarysowanymi elementami kolejnych scenorgafii, w których kolażowo łączone ze sobą sceny są często jedynie szkicami zdarzeń, tak, że pozostawiają odbiorcy wiele przestrzeni na dopowiedzenie sobie sytuacji w wyobraźni. Postać Christy Wolf odgrywają cztery aktorki występujące jednocześnie w prawie każdej scenie (jednakowe stroje i charakteryzacja), przy czym za każdym razem inna z nich jest tą wiodącą, ucieleśniając pisarkę w innej fazie jej życia. Także postać Gerharda Wolfa jest grana przez czterech aktorów, w tym wypadku jednak przejmują oni tę rolę po kolei – czterem Christom odpowiada zawsze jeden mąż, najczęściej stojący w urządzonej w prawym rogu sceny małej kuchni.
Patrząc na przestrzeń sceniczną czasami ma się wrażenie, że tutaj mały biały sześcian z „Serotoniny” został rozciągnięty na całą scenę. Opowieść z przeszłości NRD rozgrywa się u Hawemanna pomiędzy białymi ścianami. Nie brak imprez zakrapianych suto alkoholem, na których artyści z otoczenia małżeństwa Wolfów prowadzą rozmowy w atmosferze wzajemnego zaufania i opowiadają sobie o codziennych zmaganiach z otaczającą ich rzeczywistością, rozterkach i stałym przymusie dokonywania wyboru postawy życiowej. Często przewijają się poetka Sarah Kirsch, pisarz Thomas Brasch, piosenkarka Bettina Wegner, autorka Brigitte Reimann, fotografka Maxi Wander czy aktorka Katharina Thalbach. Pojawiają się też piosenkarz Wolf Biermann i reżyser filmowy Konrad Wolf. Te ważne dla życia kulturalnego w NRD nazwiska są często mało znane w Polsce, gdyż należą do ludzi wyrażających otwarcie niezgodę na politykę prowadzoną przez partię SED i kulturalne wytyczne Ulbrichta czy potem Honeckera – NRD nie propagowała ich twórczości w innych krajach socjalistycznego bloku.
„A więc snujmy marzenia nie tracąc bystrości umysłu” zaprasza do poznania (lub przypomnienia sobie) tej części NRD-owskiej historii i tych jej ówczesnych bohaterów, z których kraj może być dzisiaj dumny. Inspiruje talże do rozmyślań o utopiach. Jak wyglądały dawniej? Jakie są potrzebne teraz? Czy istnieją takie, które uda się wcielić w życie? I czy mamy na to dość odwagi?
Oba spektakle, „Serotonina” i „A więc snujmy marzenia nie tracąc bystrości umysłu”, łączy także temat związków międzyludzkich. Jak je ratować, jak utrzymać? Nie dać ich zniszczyć polityce, nie pozwolić, aby opierały się tylko na seksie. Ciekawą propozycją Hans-Otto-Theater podążającą dalej tym torem myślowym jest kolejne przedstawienie w programie „Heartship”, inscenizacja współczesnej sztuki młodej niemieckiej autorki Caren Jeß w reżyserii Lilli-Hannah Hoepner. Poczdamski teatr spogląda zatem nie tylko wstecz, zajmuje się też nadchodzącą współczesnością.