PDF Drucken

Antje Rávic Strubel  „Chłodniejsze Warstwy Powietrza” oryg. "Kältere Schichten der Luft" (fragment)

Ralf przeprosił. Dwa dni później powiedział mi, że nie rozumie, musiał być chyba pijany, pomieszało mu zmysły, naprawdę nie wie, coś zaćmiło mu umysł, w końcu jest także tylko zwierzęciem. Wyrecytował to i zniknął w szopie na narzędzia.

Svenja nalegała, żebym wzięła kilka dni wolnego. Zrób przerwę, powiedziała, wtedy uda ci się z tym uporać, przy takiej posturze jak twoja, próbowała mnie objąć, ale nie udało jej się.

Wybrałam się do wsi.

Szłam powolnym krokiem. Ciągle jeszcze czułam ten tępy ucisk w skroniach. Nawet w nocy. Nie mogłam spać. Czułam się tak, jakby ktoś zacisnął ciasną obręcz wokół mojej głowy. Pod obręczą kołowały stale te same myśli.

Tam był Ralf. A tu byłam ja. I nie miało żadnego sensu pytać się, co naprawdę zdarzyło się między tymi dwoma biegunami. Czy on już od początku wybrał mnie na przedmiot swoich fantazji.

Fantazji, którym oddawał się późno w nocy w śpiworze, przeżywając je sa ze swoim ciałem tak długo, aż mu to przestało wystarczać. Fantazji, o których ja nic nie wiedziałam.

I nawet jeśli robił aluzje, których nie zauważyłam, nie wyjaśniało to jeszcze, dlaczego właśnie teraz spróbował przeżyć swoje fantazje na jawie. Nie miało sensu pytać się o to, gdyż nie mogłam znaleźć odpowiedzi.

Nie potrafiłam sobie tego wytłumaczyć. Może miało to coś wspólnego z tymi rankami w namiocie, może nie mógł znieść, że ktoś wie o istnieniu jego córki. Może jego oczekiwania, że się zrewanżuję, stały się z czasem tak wielkie, a rozczarowanie tak dokuczliwe, że chciał na siłę wszystko zakończyć.

Nie miało sensu pytać się o to wszystko, gdyż każde usprawiedliwienie, które mi przychodziło do głowy, było jakoś żałosne. Szłam do wsi po ścieżce wiodącej wzdłuż brzegu. Przebiegała obok pola namiotowego stałych mieszkańców campingu i obok mostu na śluzie, po którego lewej stronie zaczynał się Lelång z paroma leżącymi blisko brzegu wyspami. Na domu starców stojącym na początku osady wisiała lista zmarłych.

W Lennartsfors skręciłam na drogę dojazdową prowadzącą do stacji benzynowej i dalej do „Lanthandel”, małego supermarketu, który w lecie był często odwiedzany przez kajakarzy.

Tam siedziała.

Siedziała na ławce.

„Schmoll” zawołała. „Czy Pani wie o tym, że czekam? Od stu lat.” Rozwinęła loda na patyku. „Co najmniej. To idiotyczne, że nie ma tu nigdzie telefonu.”
Usiadłam koło niej.

„Przynajmniej jest tu bardzo ładnie”, powiedziała i odgryzła kawałek loda. „To magiczna okolica. Robi się coraz piękniejsza, im dłużej się czeka.”

„Nie cierpię czekania. Zawsze musi się czekać, wszędzie musi się czekać,
wszyscy muszą zawsze na coś czekać.”

„Nie na coś”, odpowiedziała.

„Czekałaś na mnie?”

„Tak. Ma Pani ładną koszulę.”

„Zawsze gotowa do prawienia komplementów, co”, powiedziałam bezradnie.

„Kpi sobie Pani teraz ze mnie.”, zawołała i wyciągnęła w moją stronę loda. „Proszę. Chce Pani spróbować?”

„To nie koszula. To trykot.”

„Ależ Schmoll, jest Pani strasznie zmieszana!” Chciała położyć mi rękę na czole, ale nie pozwoliłam.

„Potrzebuję czegoś do picia”, powiedziałam. „Podobno jest tutaj sklep. Z alkoholem.”

„Systembolaget”, odrzekła. „Tu z tyłu w Lanthandel. Ale niech Pani nie idzie
sama. Ja też chcę kupić alkohol. Jaki alkohol Pani chce?”

Weszłyśmy do sklepu, szła pół kroku przede mną dotykając przelotnie
torebek z chipsami, cornflakesów i proszków do prania.

„Ładna sukienka”, powiedziałam. „Czy to piłki czy pąki kwiatów?”

„Pszczoły! Nie. Płatki? Albo: paciorki. Pawie. Piwonie! Co jest jeszcze
na „p”? Wszystko jedno, ale założę się, że lubi Pani czerwony”, powiedziała
przed półkami z winem. „Chociaż może dzisiaj biały alkohol byłby dla Pani
lepszy, jak Pani sądzi?”

Wzięłam do ręki butelkę bordeaux, było za drogie. „Nie masz nic innego do roboty niż siedzieć tu i czekać?”

„Czekała już Pani kiedyś?” zapytała.

Oglądałam po kolei butelkę po butelce i stawiałam je na miejsce.

„Podoba mi się to, jaka Pani jest”, powiedziała nagle i odwróciła się. „Nigdy nie może się Pani zdecydować.”

„Na całe szczęście ty tu jesteś”, odparłam i mój głos zabrzmiał dla mnie przesadnie, jak z głośnika. „I możesz mi w tym pomóc.”

„A więc cieszy się Pani z naszego spotkania?”

W drodze tutaj nie mogłam przezwyciężyć uczucia odrętwienia. Starałam się.
Starałam się sobie wszystko jeszcze raz dokładnie wyobrazić.

Tam był Ralf. Tam był jego tors. Jego ramię. Tam było jego szukanie po omacku w ciemnościach. Ostry zapach aftershave. Jego ciężar i oczy.

A tu była sztabowa latarka leżąca obok materaca. Tu był upał, który przenikał mi ciało. I myślałam: Przecież znasz go. Tu było także wahanie. Wahałam się tylko przez ułamek sekundy. Zawahałam się, kiedy położył rękę na moim policzku i odwrócił moją twarz łagodnie ku sobie.

Tu zrodziło się także przypuszczenie, że mogłam być może już wcześniej, rankami przed namiotem, przez takie wahanie wydawać się mylnie zachęcająca.
Że coś we mnie mogło nawet znaleźć upodobanie w prowokującym zachowaniu. Pytaniem było tylko, jak mogłam tego nie zauważyć.

Idąc tutaj nie pozbyłam się uczucia odrętwienia. Ale teraz, stojąc przed półkami z winem, ona pozwoliła mi na chwilę zapomnieć o tej nocy. Moja głowa stała się nagle lekka ze zdumiewającą łatwością.

Była we wspaniałym humorze, obdarzyła mnie uśmiechem i kiedy wzięłam z piramidy paczkę z piwami, poczułam się lepiej.

Kasjer powiedział: „May I see your ID, please, as this is alcohol.”

Miał więcej niż pięćdziesiątkę, był jednym z miastowych, którzy przyjeżdżali
tu tylko do pracy. Nie miałam przy sobie dowodu.

„Bez dowodu nie ma alkoholu. These are the rules. Żadnego alkoholu poniżej 21 lat.”

„Ale przecież widać, że jestem dorosła!”

„I’m sorry”, powiedział, zdjął piwa z taśmy i postawił obok siebie na półce.

„Next time you bring it. Then you’ll get the beer.”

“Czy wyglądam jak trzynastolatka?”

Wzruszył ramionami.

„Powiedzmy że ona je kupi”, powiedziałam.

„Same thing” odpowiedział kasjer. „I have to see her ID. She looks young.”

Stała przy zamrażalce z lodami i patrzyła na mnie. „Mają lody cytrynowe, Schmoll, niech Pani popatrzy!” Podniosła do góry opakowanie. „Czy mogę Panią zaprosić? Moim zdaniem to i tak lepiej do Pani pasuje.”

„Lodem nie można się upić.”

„Ależ może się Pani upić wszystkim, czym tylko Pani zechce”, zawołała. „Pani mi nie wierzy, ale czasem wygląda Pani naprawdę jak trzynastolatka. Niech Pani teraz tak nie trzaska drzwiami! Z pewnością jest już Pani co najmniej o rok starsza.”

„Do każdej pierdoły człowiek jest wystarczająco dorosły i nagle nie chcą mu sprzedać nawet piwa!”

„Czternaście. Ale nie wygląda Pani na tyle.”

„Co za typy, rzygać się chce!”

„Pani mnie nie słucha, Schmoll”, powiedziała. „Pani nie słucha.”

Na zewnątrz słońce świeciło ukośnie na dach, kilku wyrostków uruchomiło motor chevroleta z długim dachem, model z lat sześćdziesiątych. Próbowałam się uspokoić. Dopasować do tego szwedzkiego popołudniowego luzu. Bawiłam się małą żaróweczką, wskrzeszałam iskry kręcąc kółkiem zapalniczki, Dalej świecić! migotało pod strzelającym płomieniem.

Przeszłyśmy koło stacji benzynowej, w dół pagórka w stronę Lelång, dochodząc do skrzyżowania. Miała na sobie krótką sukienkę, zaledwie zakrywającą jej uda. Wolałabym, żeby była ubrana w spodnie. Wyobraziłam sobie moją rękę tam, gdzie kończyła się sukienka, zobaczyłam ruch ręki i wszystkich wcześniejszych rąk, widziałam moją rękę i spojrzenia innych, spojrzenia jak na Ku’damie, pośród nich było także spojrzenie Ralfa.

„Co to właściwie znaczy” powiedziałam, „że mówisz do mnie ciągle Schmoll?”

Roześmiała się. „Pani jest dzisiaj naprawdę niedomyślna.”

„Czy to ktoś z telewizji? I jego imię ci się spodobało -”

„Ach”, powiedziała.

„Albo może Schmoll to ktoś, w kim byłaś zakochana?”

„Skąd Pani wie?”

„Skąd wiem?”

„Tak. Skąd Pani wie, że zechcę to Pani powiedzieć?”

„Nie mam pojęcia. Dlatego właśnie pytam.”

„Jeśli mam wybór, to wolę nie odpowiadać.”

Brama śluzy zamknęła się. Woda w betonowym basenie została wypompowana, łódki obniżyły się. Kajakarze trzymali się gładkiej, porośniętej mchem ściany śluzy, co parę centymetrów musieli szukać nowego miejsca zaczepienia dla rąk.

„Czy ten Schmoll -” powiedziałam czując wewnętrzny przymus powtarzania tego imienia. „Czy ten Schmoll próbował. – Mam na myśli: czy coś się stało?”

Stanęła w miejscu. „Dlaczego myśli Pani zawsze zaraz o najgorszym?”

„To najlepszy sposób, aby się przed tym uchronić. Tak mi się wydaje.”

„Według Pani najlepszy sposób”, powiedziała. Patrzyła w dół, stała w odległości mniej niż metra ode mnie, między kamiennymi płytami wyrastały kępki trawy, suche, zżółknięte źdźbła, zadeptane podeszwami butów pływaków. „Ale chyba naprawdę Pani w to nie wierzy, że w ten sposób uniknie Pani nieszczęść?”

„Nie jestem przecież idiotką.”

„Nie, nie jest Pani. Pani mnie tylko nie słucha”, powiedziała. „Ale to się kiedyś zmieni, Schmoll.”

„Czy możemy jeszcze raz tam pójść?”, zapytałam wtedy. „Do twojego domu?”

Podniosła głowę, bardzo powoli zaczęła się uśmiechać. Doszłyśmy do brzegu, stała tam przycumowana łódka, jedna z tych żółtych ze szklanej waty, które można było wypożyczyć od młodego Szweda niżej przy Foxen.

„Jesteś mi jeszcze ciągle winna zakończenie. Jak się to wtedy skończyło z tymi dwoma mężczyznami? Z tym – ”

„Erikiem?”

„Tak. W jaguarze. W Fågelvik. – I”, powiedziałam ostrożnie, „ile właściwie
zapłaciłaś. Za dom.”

Przeszła koło łódki, zrzuciła sandały i wyprostowała się.

„Czy Pani wie, co jest najbardziej niebezpieczne?”, zapytała. „Najbardziej
niebezpieczny jest nadmiar światła!”

Upuściła sandały, pobiegła do jeziora.

„Chodźmy się wykąpać, proszę Panią, popływajmy. Na wszystko inne jest za
gorąco!”

„Jakiego światła?”zawołałam.

Kajakarze przepłynęli przez śluzę, musieli już być na niżej położonym Lelångu, gdzie pod równomiernie spływającą strugą wody, zamknęły się dolne wrota śluzy. Patrzyłam na to niezliczoną ilość razy, teraz patrzyłam na nią, dziewczynkę w sukience, która nie była już dłużej dziewczynką. Z podciągniętą powyżej ud sukienką brodziła w wodzie plecami do mnie, odwróciła się.

„Światło”, powiedziała, „jest zawsze takie samo. Tak czy tak.” I z każdym „tak” szła trochę dalej, jezioro robiło się szybko głębokie. Lubiła kąpać się w ubraniu, opowiedziała mi kiedyś o podróży do Egiptu, gdzie wchodziło się do wody w kaftanie. Sposób w jaki się to robi, mówiła, jest decydujący. Była z rodzicami w Aleksandrii, to było jedyne, czego dowiedziałam się o jej rodzinie.

„Światło dociera pod zamknięte powieki. Sama Pani o tym wie. Czasami można tego uniknąć, ale kiedy się tam dostanie, wkrada się niżej i wbija swoje ostrza do głowy. Czy Pani już tego nie mówiłam?” zawołała. Stała zanurzona po pas w wodzie, w pobliżu nie było nikogo, nikt nas nie słyszał, to nie było miejsce, w którym się kąpano.

„Stoi koło mnie chłopiec o jasnych włosach”, powiedziała. Po przeciwnej stronie jeziora przy molo zacumował kuter, cały brzeg leżał skąpany w słońcu. „Podobno to mój przyjaciel, ale on jest też moim dzieckiem. Stoimy przed niezamieszkanym domem o rozbitych szybach. Przed domem leży piasek, piasek i kawałki porcelany. Trochę dalej stoją ludzie, chcą czegoś ode mnie, ale nie wiem czego. Słucha mnie Pani? Ludzie patrzą to na chłopca, to na mnie. W piasku przed domem stoi zardzewiała kareta, zielona. Ale zanim się dowiem, o co chodzi ludziom, muszę uciekać. Gonią mnie dziwne przedmioty. Nie mam pojęcia, co to oznacza. Wyglądają jak betonowe płyty, ale unoszą się w powietrzu. Kiedy dziwne przedmioty dotkną ludzi, kamienieją. Uciekam przez pola, nie widać żadnej osady, tylko drzewa, ziemia, zarośla, jest zimno, początek zimy. Noszę krótką sukienkę, nie mam butów, zimno mi. Dziecko jest obok. Chłopiec. Ma trzy, może cztery lata, jest drobny. Nie wolno mu przebywać na słońcu, wtedy umrze. Trzymam go za rękę i biegnę. Dziwne przedmioty ścigają mnie. Nie latają szybko. Są blisko, zaraz za mną, muszę uskakiwać na boki, na drodze leżą kamienie, powalone drzewa. Wiem, że
dziwne przedmioty spadają na ziemię, kiedy robi się ciemno.”

Przebiegła dłonią po wodzie wygładzając powierzchnię.

„Po jakimś czasie jestem zmęczona. Przede mną jest rzeka. I wierzba. Rozsuwam na boki gałęzie i wczołguję się do zgniłoszarego pomieszczenia. Sadzam dziecko na podłodze. Jest słabe. Patrzy na mnie dużymi, jasnymi oczami. I nagle, niech Pani słucha Schmoll, w tej chwili wiem, że to Pani, Pani jest nim, Pani jest tym dzieckiem. Ono ma Pani oczy. Nic nie mówi, jest zbyt zmęczone, aby mówić, oddycha szybkim oddechem. Chłopiec nigdy się nie skarży. Trzyma mnie mocno za rękę i biegnie. Nigdy mnie nie pyta, dlaczego ciągle musimy uciekać, nigdy nie płacze. Od razu wie, że to nie jest zabawa. Kiedy mówię: Musimy uciekać, chwyta mnie za rękę i biegniemy. Kiedy już nie może dłużej biec, biorę go na ręce i biegnę dalej. Teraz siedzi na ziemi, krótkie spodenki, żółta koszulka, jest bosy. Gałęzie zwisają nisko, słońce próbuje przeniknąć do środka, nie udaje mu się, ziemia jest wilgotna. Zamarzniemy, jeśli tu zostaniemy. Ale tutaj nie mogą nas dopaść dziwne
przedmioty, bo tu jest ciemno, i musimy przeczekać do nocy, wtedy spadną na
ziemię. Nie ma tu ludzi. Dziecko jest tak wycieńczone, że nie może siedzieć,
kiwa się, opiera o mnie, sadzam je na kolanach, drży i obejmuje mnie za szyję,
przytula się. Jest tu bardzo zimno, marznę. Nucę melodię. Nie opowiadałam
Pani tego.” To nie było pytanie. „To był sen. Odkąd się znamy, jeden z
najgorszych.”

„To, co mówisz, brzmi, jakbym była pijana.”

„Widzi Pani. Obiecałam Pani.” Roześmiała się i zanurkowała. Światło padało
teraz długimi promieniami na taflę wody. Zrobiło się późno. Ale nie musiałam
wracać do obozu na żadną określoną godzinę, dzisiaj w ogóle nie musiałam tam
wracać.

Roześmiałam się. Śmiałam się z niej i z siebie samej, i z tej okropnej pozy, w
jakiej stałam na brzegu, ukośnie pochylona do przodu, aby niczego nie uronić.
Z przeciwnej strony z kutra można było rozpoznać dwie kobiety, z których
jedna stała w wodzie, z długimi mokrymi włosami. Druga, na brzegu, wahała
się jeszcze, biegała w ubraniu tam i z powrotem, następnie zdjęła tenisówki,
koszulkę trykotową, teraz można było zobaczyć jej sportowe bikini. Jeszcze się
wahałam, przyjaciel i kochanek, dziecko i Schmoll nie układały się w żaden
sens. Było to wyznanie, które zdawało się prowadzić dalej.

„Co jest”, zawołała. „Jest strasznie gorąco. Nie chce Pani popływać?”

Odpłynęła już daleko, kiedy weszłam do wody.

Publikacja: FA-art, Kwartalnik Literacki nr 2–3 (72–73) 2008
Specjalna Edycja

 
Joomla templates by a4joomla