PDF Drucken

Lutz Hübner "Firma dziękuje"  oryg. "Die Firma dankt" ( fragment)


Scena 6

(Krusenstern siedzi na kanapie, Sandor w fotelu, ciągle jeszcze przebrany za Andiego Warhola. Krusenstern otwiera oczy.)

Krusenstern: Spóźniłeś się. Już po wszystkim.

Sandor: Nie musiałem słuchać tego, co będzie opowiadał John, nudzą mnie takie formalności. A może życzyłeś sobie, żebym przy tym był?

(Krusenstern wyjmuje zegarek z opakowania, przygląda mu się.)

Krusenstern: Potrzebny ci zegarek?

Sandor: Na pewno nie czułbyś się dobrze w nowym zespole.

(Krusenstern przegląda swoje dossier.)

Krusenstern: Potrzebne ci moje dossier? Nie? Mnie też nie.

(Krusenstern zaczyna drzeć kartki ze swojego dossier na drobne kawałki.)

Potrzebny ci segregator? Jest prawie nowy. Mnie już nie jest do niczego potrzebny.

Sandor: Nie, dziękuję.

Krusenstern: No to czego chcesz? Kwiaty? Nie dostaniesz. Wezmę je dla żony. Więcej nie mam do zaoferowania. No więc, czego chcesz?

Sandor: Czuję dla ciebie szacunek...

Krusenstern: Kwiatów ci nie dam, wybij to sobie z głowy. Jeszcze coś?

Sandor: Myślałem, że teraz, kiedy nie mamy już z sobą nic wspólnego, moglibyśmy porozmawiać, całkiem prywatnie.

Krusenstern: Po co?

Sandor: Nie wiem, zdałem sobie sprawę, że byłeś przez dwadzieścia lat w firmie. To wielki szmat czasu. Kiedy zacząłeś w niej pracę, nie chodziłem jeszcze nawet do podstawówki. Skończyłem szkołę, byłem w Londynie, objechałem świat. Cały czas mojego kształcenia, wszystko, co złożyło się do tej pory na moje życie, wszystko, o czym pamiętam, cały ten czas spędziłeś tu w biurze, dzień za dniem. Dwadzieścia lat. Wtedy jeszcze nie było internetu, komórek, globalizacji, samoloty były strasznie drogie... od tej pory wszystko się zmieniło, a ty cały czas tu byłeś, zawsze, codziennie przychodziłeś rano do pracy, zawsze do tej firmy, spędzałeś tu więcej czasu niż w domu z rodziną. Nie mogę sobie tego wyobrazić. Świat się zupełnie zmienił, cała ekonomia. Kiedy  zrobiłeś ten numer z meetingiem...nie sądziłem, że jeszcze kiedyś w życiu uda mi się coś takiego zobaczyć, to prawdziwa stara szkoła. Jesteś symbolem wielkiej, dawnej kultury firmowej, w której praca miała jeszcze całkiem inną wartość, w której praca była życiem człowieka. Pół życia. Dla tej firmy. Ja bym tak nie mógł, ale uważam, że to fascynujące, naprawdę.

(Cisza)

Jakie to uczucie? Teraz, kiedy wszystko się skończyło?

(Cisza)

Chciałbym to wiedzieć. Czy możesz to opisać?

Krusenstern: Nie.

Sandor: To może ja spróbuję to opisać, a ty mi powiesz, czy się nie mylę?

Krusenstern: Nie.

Sandor: Człowiek idzie do lekarza na rutynowe badanie i słyszy, że jest nieuleczalnie chory. Jak wtedy reaguje? Idzie na piwo, wybucha płaczem, opowiada komuś o tym, robi to, o czym od dawna się marzył? To przecież trochę tak samo, prawda? Życie nagle się kończy, nie bierze się już w nim udziału. Myślałem: Jak czuje się teraz Krusenstern?

Może dlatego, że jesteś pierwszym, któremu wymówiłem i do tego człowiekiem dużego pokroju, nie jakimś statystą z dolnego piętra. Co pojawia się najpierw? Wielki spokój? Ulga? Uczucie jakby grało się rolę w filmie? Powiedz. Nie spotkam wielu takich jak ty, ludzi ze starej gwardii. Ludzi pełnych werwy, prawdziwego zaangażowania. Teraz ja przejmuję ster i wszystko będzie zupełnie inaczej. Ale to wszystko ma swoją historię. Robotnicy. Wolna sobota. Ręczę za mój produkt. To miało miejsce, tak rzeczywiście było. Kiedy oglądam w telewizji zdjęcia zwolnionych pracowników stojących przy beczkach po ropie przy głównej bramie zakładu, ludzi, którzy z rozpaczy nie mogą powiedzieć ani słowa, widzę, jak walczą, z gwizdkami w ustach, z namalowanymi własnoręcznie transparentami i niezręcznie rymowanymi hasłami. Wzrusza mnie to. Nigdy jeszcze nie spotkałem takich ludzi. Albo kiedy dostają ataku szału, walczą... Robotnicy, którzy zajmują swoją fabrykę, biorą menadżerów na zakładników, politycy o zakrwawionych twarzach, których ochrona ciągnie pomiędzy tłumem, to wielkie kino. Oczywiście nic im to nie pomoże, ale oni płoną dla sprawy. Tak jak ty, Krusenstern. Bierzesz to wszystko na serio, imponuje mi to. Czasami też bym tak chciał, zacisnąć pięści, walczyć w imieniu ludzi, których pozbawiono praw albo tylko walczyć o własną godność i naprawdę być o tym przekonanym, naprawdę głęboko w to wierzyć. Być z ludźmi, którzy mówią „klasa robotnicza” a nie „ci tam, gdzieś tam daleko” czy inne bzdury. Ludźmi, którzy wiedzą, gdzie jest ich miejsce. Ja pakuję manatki i odchodzę, jak coś działa mi na nerwy. Ale wytrzymać to, stojąc na straconej pozycji. Mam do czynienia z ludźmi, który słysząc o namiętności, myślą o reklamie samochodowej, którzy są zrozpaczeni jedynie, gdy zgubią swój iphone. Ludzie jak ty są z innej gliny. Nie zrozum mnie źle, wiem, że twoja koncepcja już się nie nadaje, ale mimo wszystko jest to fascynujące.

(Krusenstern podnosi się.)

Krusenstern: Muszę jeszcze pracować przez dwadzieścia lat. Dwadzieścia lat.

Sandor: Tak, ale to będzie już tylko dogrywka, prawda? Nie będziesz więcej robił tego numeru „Moja firma to moje życie”, prawda? To już przecież minęło. Skończyły się te czasy. Sam to tutaj widziałeś. No więc Krusenstern, jak się czujesz?

(Sandor podnosi się, podchodzi do Krusensterna, który cofa się o kilka kroków.)

Krusenstern: Nie podchodź tak blisko. Stale podchodzicie do mnie za blisko.

Sandor: Powiedz wreszcie, jak to jest.

(Sandor kładzie Krusensternowi rękę na ramieniu, Krusenstern strąca jego rękę i wymierza mu dwa siarczyste policzki. Sandor traci równowagę i przewraca się . Krusenstern zastyga w bezruchu. Drzwi otwierają się na oścież, John wpada do środka i widzi leżącego Sandora.)

John: Czy pan zupełnie zwariował?

(John podchodzi do Sandora.)

Wszystko okay? Zawołać lekarza?

Sandor: Wszystko okay.

(John podchodzi do Krusensterna.)

John: To natychmiastowe wypowiedzenie, czy to dla pana jasne? Niech mi pan odda kopertę i znika. Natychmiast. Nie chcę tu pana więcej widzieć! Wynocha!

Sandor: Daj mu spokój.

John: Zawołam Mayumi, żeby się tobą zajęła.

Sandor: Zostawisz nas samych?

(Sandor podnosi się, rozciera policzek.)

John: Niech go pan przeprosi, natychmiast.

Sandor: John? Wynoś się, okay? To prywatna rozmowa.

John: Jestem obok.

(John podchodzi do Krusensterna, grozi mu, opuszcza salę, ale zostawia drzwi otwarte. Sandor wstaje, zamyka drzwi, sprawia wrażenie nadal oszołomionego.)

Krusenstern: Jest mi ogromnie przykro. Nigdy mi się jeszcze coś takiego nie zdarzyło. Proszę mi wybaczyć.

(Sandor przygląda się Krusensternowi.)

Sandor: Nikt jeszcze nigdy mnie nie uderzył.

Krusenstern: Też jeszcze tego nigdy nie zrobiłem. Coś takiego nie powinno mi się nigdy przytrafić. Nie rozumiem...

(Krusenstern wybucha płaczem. Cisza.)

Krusenstern: Idę. Nie mogę tu dłużej zostać.

(Krusenstern siada, nie może powstrzymać płaczu.)

Sandor: Dlaczego nie idziesz?

Krusenstern: Zaraz, za chwilę, zaraz się...

Sandor: A więc to tak? Masz ochotę kogoś pobić?

Krusenstern: Nie, nie mam, nie zdarzyłoby się to, gdyby...powinieneś był zostawić mnie samego, muszę najpierw sam to przetrawić... muszę być teraz sam, muszę to przemyśleć, jeszcze tego nie... wiedziałem, że istnieje niebezpieczeństwo, że ja... ale nie tak... dlaczego jesteś teraz przy sterze, jak to możliwe? I gdzie podziali się ludzie, z którymi pracowałem? Przecież wszystko działało? Wszytko było w porządku i oni powinni teraz tutaj być. Gdzie oni wszyscy są? Dlaczego uważaliśmy, że wszystko jest w porządku? Jeśli ty masz rację, myliłem się. Ale przecież nie mogłem się mylić przez dwadześcia lat? Przecież bym to zauważył, byłem tu w końcu codziennie, dlaczego nie ma to teraz żadnego znaczenia? Przecież wiem, że to wszystko jest pomyłką, te twoje pomysły, skąd się to nagle wzięło, dlaczego nikt oprócz mnie tego nie widzi? Co się tu dzieje?

(Sandor podaje mu chusteczkę higieniczną.)

Sandor: Nie cierpisz mnie.

Krusenstern: Wszystko tu dokoła. Tak nie może być. To się musi skończyć.

Sandor: Nienawidzisz mnie.

Krusenstern: Nie możesz mnie zostawić w spokoju?

Sandor: Prowokuję cię.

Krusenstern: Czy możesz przestać!

Sandor: Co takiego?

Krusenstern: Wszystko. Istnieć! Proszę. Zrób mi przysługę. Nie mogę tego wytrzymać. Daj mi spokój!

(Cisza)

Sandor: Jesteś Valerie. Strzeliła do Andiego. Była ambitna, nie odniosła sukcesu i nienawidziła Andiego. Zmieniła Factory, stworzyła mit i sama zdechła w obskurnym hotelu. Ale nie uległa pokusie, nie dała się oczarować, przejrzała Andiego i on o tym wiedział. Była mu potrzebna. Była wyjątkowa. O wiele bardziej niezwykła niż te wszystkie supergwiazdy, które jej nienawidziły. I Andy wiedział, ile jest warta. Jak mogłem zapomnieć o Valerie?

Krusenstern: Znowu gada.

Sandor: Jutro nikt nie będzie miał odwagi być Valerie. Wszyscy będą mówić głupstwa, myśleć pozytywnie i będą na luzie tak jak ten okropny John, głupi, arogancki idiota, podobny do tysiąca innych. Ci wszyscy kreatywni. Ty jesteś zupełnie inny. Dziękuję, wiedziałem, że się od ciebie czegoś nauczę. Dziękuję.

(Sandor wyjmuje z kartonu perukę i pistolet. Wciska Krusensternowi pistolet do ręki i wkłada mu perukę na głowę.)

Krusenstern: Zniknij wreszcie z mojego życia. Tylko o to cię proszę.

Sandor: Dziękuję. To było interesujące.

(Sandor wychodzi, Krusenstern siedzi nadal na kanapie.)

 

Sztuka "Firma dziękuje" ("Die Firma dankt") jest dostępna przez Agencję Dramatu i Teatru ADiT

 
Joomla templates by a4joomla